Dokąd prowadzi adopcja dzieci przez pary homoseksualne

Popełniono 20 października 2011 o godzinie 08:42:01

Dokąd? Do patologii. Dlaczego? Ano dlatego, że...

Dwie lesbijki w USA adoptowały chorego na apraksję, 2-letniego chłopca. Chciałoby się powiedzieć, że takie to wspaniałomyślne, takie to postępowe. Chłopiec w wieku 3 lat stwierdził, że jest dziewczynką. W wieku lat 8 zaczął nosić sukienki, ponieważ:

As soon as we let him put on a dress, his personality changed from a very sad kid who sat still, didn't do much of anything to a very happy little girl who was thrilled to be alive

Odrzucił imię Thomas na rzecz Tammy. Teraz ma 11 lat, a troskliwe lesbijki zafundowały mu terapię farmakologiczną, żeby opóźnić okres dojrzewania!

The drugs put their puberty on pause, so they can figure out whether to transition genders.

Fuck yeah && Klękajcie narody, kolokwializmów używając.

Paradoksalnie po to, żeby dziecko mogło wybrać sobie płeć, jak już "dojrzeje" - normalny człowiek nie może nie nazwać tego patologią. Normalny człowiek nie godzi się na wpisywanie zaburzeń i chorób psychicznych do kanonu poprawności politycznej współczesnego społeczeństwa. Bynajmniej nie chodzi tu o piętnowanie osób chorych. W imię tolerancji i poprawności politycznej, w imię postępu, w imię nowoczesności - dlaczego ktoś próbuje nas kneblować takimi hasłami i rzeczy nienormalne nazywać normalnymi? Dlaczego ludzie z nerwicami albo z anoreksją czy bulimią nie domagają się głośno w mediach owej tolerancji i uznania swoich zachowań za "orientację behawioralną/żywieniową"? Czekam na taką chwilę, kiedy za kilkadziesiąt lat kompulsywni onaniści wyjdą na ulice i zaczną domagać się równego traktowania, przyzwolenia na oglądanie pornografii w pracy i akceptacji dla swoich zachowań np. w środkach komunikacji miejskiej.

Na koniec powinniśmy sobie postawić pytanie: nie dokąd prowadzi adopcja dzieci przez homoseksualistów, ale dokąd prowadzi akceptacja dla sankcjonowanych prawnie związków par jednopłciowych. Bez drugiego dylematu nie byłoby pierwszego, niestety knebel poprawności politycznej przesuwa tę delikatną granicę świadomości społecznej, która bardzo powoli, na przestrzeni wielu lat, przyjmuje do norm społecznych coraz więcej wzorców zachowań, które większości narzucają wolę mniejszości. Wzorców pseudo-postępowych: nie w imię postępu, ale w imię degrengolady i zezwierzęcenia. Atawizmy na tle seksualnym, popierane autorytetem nauki, czy raczej paranauki, prowadzą nas w kierunku nie tylko odrzucenia tematów tabu, ale narzucenia ich ogółowi. A odrzucenie tabu to jedna rzecz, natomiast narzucenie ogółowi to już zupełnie inna taktyka. Pieprzu całej sprawie dodaje francuski podręcznik do szkoły średniej, który "teorię genderową" podaje jako naukowy aksjomat: płeć biologiczna określa nas jako samców lub samice, ale nie znaczy to, że możemy się definiować jako męscy lub żeńscy (...) ludzie praktykują rozmaite formy seksualności: homoseksualizm, heteroseksualizm, biseksualizm czy transseksualizm (...) seksualna identyfikacja poszczególnych osób nie jest jednak uwarunkowana biologicznie ale została ukształtowana wskutek oddziaływań społecznych.

źródło cytatów anglojęzycznych: http://edition.cnn.com/2011/09/27/health/transgender-kids/index.html
źródła i opinie odnośnie francuskiego podręcznika:
http://www.informacje24.co.uk/life-a-style/45-rozmaitoci/4221-burza-wokol-francuskiego-podrecznika-czyli-co-z-ta-seksualnocia-u-ludzi.html
http://www.rp.pl/artykul/32,710114-Francuski-spor-o-plec-w-podreczniku.html
http://uwazamrze.pl/2011/09/15117/plec-sprawa-zasadnicza/ (długi artykuł, niestety dostęp do całości jest płatny)

Draka!

Popełniono 09 października 2011 o godzinie 19:53:56

Zdarzyło mi się ostatnio odwiedzić nauczycielkę, która była moją wychowawczynią na początku szkoły podstawowej. I ujrzałem na własne oczy taki oto list wysyłany do rodziców uczestników zdarzenia. Historia sprzed blisko 20 lat.

6 stycznia - długa przerwa w III a

Marek kopnął Piotrka "w tyłek". Piotrek połamał mu za to kredki. Marek zwalił Piotrkowi piórnik i ugryzł go!

Wtrącił się Krzysio i połamał Markowi flamaster. Marek złamał Krzysiowi ołówek. Wtrącił się Artur do pomocy Krzysiowi. Paweł najpierw zabierał rzeczy Markowi, ale potem przeszedł na jego stronę. Razem z Michałem chcieli pomóc Markowi.

Wszyscy wyżej wymienieni zaczęli się bić i machać rękami. Michał kopał w brzuch Krzysia i Artura. Artur zepchnął go ze schodów. Michał płakał, a Krzysio i Artur przyszli na skargę.

Ustalenie kolejności wydarzeń zajęło pół lekcji matematyki.

Imiona "bohaterów" zostały zmienione. Marek skończył informatykę na jakiejś politechnice, Michał ożenił się, jest analitykiem w szeroko rozpoznawanej w Polsce korporacji, Artur ponoć już się zdążył rozwieść, Piotrek jest wiecznym studentem, Krzysia i Pawła nie widziałem dawno. Łezka się w oku zakręciła... Kiedyś problemem było "kopanie w tyłek", łamanie kredek i flamastrów... A teraz?

Kiedy to się stało...

Popełniono 05 września 2011 o godzinie 20:41:55

Nim się obejrzysz, zamieniasz rozrywki pt. wieczorne piwo czy siedzenie do rana na IRC-u na całodzienne objeżdżanie sklepów meblowych i wieczorne bejcowanie taboretów.

Swoją drogą to skandal, że kuchenne taborety okazują się być towarem deficytowym - sklepy, które nawiedziłem nimi nie dysponowały - tylko na zamówienie. Zostałem poniekąd skazany na Ikeę, w której czułem się niczym... "Jack's disturbed nightmare". Nie ma otwartej przestrzeni, idziesz labiryntem prowadzony przez strzałki na podłodze w kierunku wyjścia, przymuszony do oglądania całej ekspozycji. A nuż coś wpadnie w oko i dokonasz zupełnie niepotrzebnego zakupu? Okropna manipulacja, czyli merchandising.

Hmm... Nim się obejrzysz, człowieczku. Nim się obejrzysz. Ślub w czerwcu 2013 (chyba że ktoś uparcie wierzy w koniec świata w przyszłym roku).

Jednak wolę popierać piractwo

Popełniono 28 maja 2011 o godzinie 02:04:56

Wróciwszy z kina dochodzę do wniosku, że wolę (przynajmniej w ramach mojej własnej "wewnętrznej emigracji") popierać piractwo.

Bilet do kina kosztuje niecałe 30 zł. Zanim zacznie się film, karmiony jestem przez pół godziny reklamami i zwiastunami, które tylko irytują. Zaczyna się film, ale... Obraz jest krzywo, jedna trzecia ekranu wyświetlana jest na podłodze. Stukanie kluczami w kabinę operatora nic nie daje, bo nikogo tam nie ma. Trzeba wyjść z sali, zgłosić sprawę do obsługi. Tracę kilka minut filmu, ale... Nikt nie raczy puścić go od początku, skądże. Poprawiają projektor (jakaż łaskawość z ich strony!) i lecą dalej. Projektor jednak nie domaga, na środku ekranu widać okrąg o średnicy ok. połowy wysokości kadru, który nie łapie ostrości. Niby "nie przeszkadza", ale kiedy scena jest szczegółowa i zawiera np. jakiś tekst, czuję niesmak.

Mam płacić za taką fuszerkę? A hak wam w smak, wolę popierać piractwo! Niech nikt mi nie mówi, że to pojedyncze przypadki (nie mówię o reklamach). Poprzednim razem, kiedy byłem w kinie, wysiadła lampa w projektorze i okazało się, że o nie ma nikogo, kto by mógł naprawić. Na szczęście pieniądze za bilet oddali. W głębokim poważaniu mam usługę, za którą płacę, a która okazuje się zawierać takie niedociągnięcia.

Tak, sieję "defektyzm" wzięty żywcem z Kabaretu TEY. Pocałujcie mnie w dupę, zdziercy od fuszerki. Jak płacę za bilet do kina, to chcę obejrzeć film, a nie torturować się taką masakrą, jakbym ściągnął z sieci kopię w jakości TS lub CAM.

Agora agonalna

Popełniono 19 marca 2011 o godzinie 00:47:30

Rzygać mi się chce (w sensie metaforycznym), mimo że od incydentu, który chodzi mi po głowie minęło już kilka dni.

W pracy czasami przydaje się aktualna gazeta - jakakolwiek, chodzi tylko o datę. Nabrałem wobec tego zwyczaju, żeby w pośpiechu chwytać jakąś darmową prasę typu Metro, czytanie na całe szczęście jednak sobie odpuszczam. Kilka dni temu jednak skusiłem się (o ja głupi!), żeby rzucić okiem co tam pismaki Agory wypisują - jako że Gazeta Wyborcza wiele lat temu już poszła w odstawkę, głównie ze względu na tendencyjne treści i niesamowicie bzdurny bełkot wypełniający nadmiar papieru między reklamami. Owszem, Metro uchodzi za poletko doświadczalne dla młodych dziennikarzy i poziom ma wyjątkowo zaniżony, jednak to, co sobą prezentuje naprawdę powinno być zakazane (na równi z Faktem). Hitem ostatnich dni oczywiście jest japońska tragedia i polemika na temat elektrowni atomowych. Ludzie, którzy posługują się szeroko pojętą demagogią, mogą się na łamach tego szmatławca "spełnić" i ogłosić światu swoje poglądy poparte głównie dogmatami narodzonymi w głowach oszołomów, wyimkami z opracowań naukowych, na temat których nie mają zielonego pojęcia.

Dla równowagi (i na osłodę) wypowiedź osoby z autorytetem, najlepiej z habilitacją lub powyżej. I na pierwszej stronie rzucająca się w oczy nowa uczelnia krakowska: Akademia Górniczo-Techniczna. Kto się Agorze karmić daje takimi nonsensami? Rzygać mi się chce.

Owszem, owszem - dla szerszego obrazu powinienem kupić kilka wydań Gazety Wyborczej i przeczytać, posłuchać rozgłośni radiowych Agory, przejrzeć jakieś ich miesięczniki... Odpuszczę sobie. Obawiam się zarażenia jakimś parchem.

Nocne Polaków Rozmowy

Popełniono 06 lutego 2011 o godzinie 07:11:03

Dwóch mężczyzn, niemłodych już niestety, ale też nie starych ramoli, ciągnie w noc rozmowy. Męskie rozmowy o życiu i o śmierci, polemiki, dyskusje - spać im się nie chce, a gadka "się klei". Dochodzą wspólnie do wniosku, że wspólnie mają znacznie większy potencjał niż każdy z osobna. Nazwijmy go potencjałem polemiczno-felietonistycznym, który teoretycznie można przekuć na funkcjonujący produkt.

Koncept się powoli klaruje w głowach, z uszu dymi, zapał rośnie i sami się nawzajem przekonują, że warto by stworzyć ów produkt. Bez żadnego biznesplanu, za to z założeniem jednym - tworzyć dla pasji, dla siebie, żeby szlifować warsztat, bynajmniej nie dla zarobku. Forma? Ni to blog, ni to drobny serwis publicystyczny, ale bez grupy docelowej, z dość niewyraźnie zakreśloną tematyką - taka "sztuka dla sztuki".

Oprócz idei - mnóstwo pytań bez odpowiedzi... Ile takich pomysłów już powstawało, ile nie ujrzało światła dziennego, a ile upadło po pierwszym miesiącu, roku? Ile świetlistych idei i nieoszlifowanych diamentów okazało się niewypałem z różnych względów? Ile dajemy owym bohaterom szans na to, że ich pomysł ruszy, ile że przetrwa próbę czasu i będzie kontynuowany, nie okaże się słomianym zapałem? Ile nocy muszą się z tym wszystkim przespać? Czy sama "sztuka dla sztuki" w tym wypadku jest warta zachodu? Czy po stworzeniu mają zabiegać o czytelników, czy też liczyć na to, że tworzona przez nich treść sama z czasem przyciągnie publiczność? Mają zaczynać w kieracie jakiejś gotowej platformy, czy też od początku stawiać na własną markę i szeroko pojmowaną niezależność?

Przełamywanie stereotypów

Popełniono 02 stycznia 2011 o godzinie 22:17:23

W dość dziwnych okolicznościach dane mi było ostatnio poznać na żywo kilka osób, które do tej pory mgliście jawiły się na horyzoncie jako literki, cyferki, znaki interpunkcyjne i inne, wylewane z zaciekłością godną lepszej sprawy. Oczywiście wylewane w "internetach". Pozwolę sobie pominąć znamiona charakterystyczne, a całą historię nazwać fikcyjną, co znacznie ułatwi podejście do sprawy.

Narrator udawszy się na pewną imprezę urządzoną z bliżej nieokreślonej okazji, zastał na miejscu grupę znajomych osób, a także po chwili odkrył twarze bliżej mu nie znane. Trzej właściciele tychże twarzy przewijali się w nieregularnych odstępach czasu przez tłum przebywający w mieszkaniu, głównie na trasie pokój - toaleta i pokój - kuchnia, nie integrując się z nikim w żaden sposób, jakby urządzana właśnie impreza była dla nich wrzodem na tyłku i złem koniecznym, zaś powszechną praktyką pozostawało omijanie ich drzwi przez resztę gości. Po różnych chwilach konsternacji gospodarz wyjaśnił zaistniałą sytuację: to byli jego nowi współlokatorzy, osoby co najmniej dziwne, stroniące od towarzystwa. Padały oczywiście pytania, dlaczego tu przebywają, skoro mamy taki wieczór, a nie chcą się integrować, dlaczego nie poszli do swoich znajomych czy chociażby do jakiegoś klubu - niestety nikt nie znał odpowiedzi.

Tocząca się impreza najwyraźniej była poniżej poziomu ich zainteresowań, co dało się wyczuć w ponurych spojrzeniach i burknięciach wydawanych kiedy akurat chcieli dostać się do lodówki. Chwil tych na szczęście nam oszczędzali, ale po kilku piwach i kilku godzinach zdarzył się mały cud - jeden z nich otwierając drzwi rzucił coś w stronę towarzyszy niedoli i użył dość charakterystycznego zwrotu, w którym to mieścił się nie mniej charakterystyczny nick. W odpowiedzi usłyszałem również charakterystyczny nick. Bynajmniej nie zdziwiło mnie, że do komunikacji między sobą używają nicków, zdziwiło mnie jakie nicki padły. Nie miałem z nimi wcześniej zbyt szerokich kontaktów, ale jako indywidua były mi w miarę znane i oni również mnie w jakiś sposób kojarzyli.

Pogadawszy z gospodarzem doszedłem do wniosku, ze może warto by jednak zapukać i zamienić z nimi słów kilka - do tej pory były to dla mnie osoby bardziej obce, chociaż nacechowane niezbyt pozytywnie, głównie przez przejawianą na każdym kroku arogancję. Kim się okazali naprawdę?

Na początku można by uznać - banda stereotypowych geeków. Dlaczego akurat w ten wieczór postanowili siedzieć u siebie i nie integrować się w żaden sposób z towarzystwem? Miewam kontakt z różnymi geekami (sam siebie za takiego nie uznaję), większość z nich potrafi zachowywać się normalnie. Owszem, zawsze w jakiś sposób wyróżniają się z towarzystwa, chociażby tym blaskiem w oczach, kiedy rozmowa schodzi na tematy wybitnie ich interesujące. Tu jednak natrafiłem na osoby, które miały w zwyczaju na wstępie obrzucić człowieka inwektywami, a dopiero potem z bezczelnym uśmiechem patrzeć, czy przeżył ich chamstwo. Okazało się, że z trzecią osobą w tymże pokoju znałem się jeszcze lepiej, aczkolwiek tylko i wyłącznie via IRC, co dla wszystkich było niemałym zaskoczeniem.

Po dłuższej rozmowie i próbie wyrobienia sobie opinii na temat tychże osobliwości imprezowych doszedłem do kilku trudnych wniosków:

  • Po pierwsze, gówniarze w każdym calu - zarówno jeśli chodzi o wiek (mają po dwadzieścia, dwadzieścia kilka lat, co jednak obecnie do gówniarstwa się zalicza w każdym calu), ale też o ich dojrzałość emocjonalną, która leży i kwiczy.
  • Po drugie, autorytety z nich żadne, choć niektórzy mogliby tak ich postrzegać - wiedzy im odmówić nie można, wiedzy zdobytej przeważnie samodzielnie i dość szybko, ale jak to mówi stare rumuńskie przysłowie: "słoma z butów wychodzi".
  • Po trzecie, arogancja raz jeszcze - żarty i odzywki zdecydowanie poniżej pasa, a do tego z długimi brodami.
  • Po czwarte, mniemanie o sobie wyższe od niejednej gwiazdki show-biznesu.
  • Po piąte, współczuję kobietom, które miały już lub dopiero będą miały okazję tych ludzi poznać bliżej - wyjątkowi frustraci seksualni, nad którymi Freud mógłby się głowić przez lata.

Stereotypów w żaden sposób nie przełamali, a okazali się znacznie gorsi od zdania, jakie miałem wcześniej na ich temat... Jeśli to czytacie, Drodzy Panowie, to pora dorosnąć i uświadomić sobie, że jesteście "taaacy zajebiści" tylko i wyłącznie dla siebie. Ewentualnie dla ludzi o poziomie niższym od Was, wobec których możecie użyć paru tanich sztuczek, żeby zaczęli piać z zachwytu. Jak długo może to jednak trwać?

Poza tym drobnym incydentem impreza była wyjątkowo udana.

Miałem niewiele, mam jeszcze mniej, mieć nie będę w ogólę

Popełniono 22 grudnia 2010 o godzinie 23:31:38

...czyli refleksja inflacyjna

Przy okazji dyskusji n/t przymusu wyboru OFE, która to toczy się na pewnej mail-liście, naszła mnie refleksja dotycząca gromadzenia oszczędności na emeryturę i ogólnie wartości pieniądza.

Przeróżni "doradcy finansowi", czyli [multi]agenci ubezpieczeniowi pięknie tłumaczą szaremu człowiekowi potrzebę regularnego oszczędzania, przy okazji prezentując kosmiczne zyski przy założonej (stałej) stopie zwrotu. Stosują różne wartości, w zależności od firmy w której pracują i od koniunktury panującej na rynku - od kilku do kilkunastu procent w skali roku. Największą wartością, z jaką się spotkałem, było 18%, najniższą zaś 5%. Mowa tu oczywiście o "ubezpieczeniach na życie z funduszami kapitałowymi".

W przypadku OFE sprawa się nieco komplikuje, bo KNF podaje stopy zwrotu dwu- i trzyletnie. Jeśli porównać stopy zwrotu przy kapitalizacji rocznej w/w produktów to dwuletnia stopa zwrotu waha się od ok. 10% do ok. 40%, zaś wg KNF w przypadku OFE średnie dwuletnie stopy zwrotu wynosiły od ok. 15% do ok. 39%. Oczywiście żeby to wszystko porównywać, należałoby usiąść nad tematem i zaprząc do obliczeń bardziej zaawansowane metody obliczeń niż tylko porównanie dwuletnich stóp zwrotu z różnych okresów. Zwłaszcza, że w przypadku oszczędzania na funduszach mowa jest o uśrednionej założonej stopie zwrotu.

Przejdźmy jednak do praktyki. Kilkanaście lat temu (powiedzmy, że 16), jeszcze w czasach denominacji złotego, rodzice wysyłali mnie na kolonie. Przyjmowanym standardem było "kolonialne kieszonkowe", które kształtowało się średnio na poziomie 100 000 zł (czyli obecnych 10 PLN) na tygodniowe zachcianki dziecka, obejmujące komiksy, słodycze itp. Co prawda własnych dzieci jeszcze nie mam (przynajmniej nic mi o nich nie wiadomo1), ale gdybym wysyłał dziecko na kolonie przypuszczam, że musiałbym do tej kwoty dodać jeszcze jedno zero. Podobnie ceny fast-foodów: w szkolnym sklepiku hot-doga można było kupić za 7 000 zł (obecne 0,70 PLN), teraz taka [wątpliwa] przyjemność kosztuje w bufecie na wydziale 6,50 PLN. Jak matka wysyłała mnie po zakupy (chleb, mleko, gazeta itp.), dostawałem kilka tysięcy złotych (przyjmijmy 10 000 zł, czyli obecnie 1 PLN) i przynosiłem jeszcze resztę.

Ogólnie rzecz ujmując, dziś na podstawowe "życiowe" zakupy wydaję jakieś dziesięć razy więcej. "Jakieś" - owszem, jest to duże przybliżenie, ale też moje potrzeby są inne. Na potrzeby tak ogólnych rozważań można jednak przyjąć, że "inflacja" wyniosła w ciągu tych 16 lat dobre kilkaset procent. Uprośćmy! Nawet nie 1000%, a 500%.

Ktoś powie, że owszem, wyniosła tyle, ale przechodziliśmy zmiany ustrojowe, denominację, coś takiego nie ma prawa się powtórzyć! Ja na to powiem - owszem, może i nie ma prawa, ale czy mi ktoś to zagwarantuje? Jeśli założymy roczną stopę zwrotu rzędu 5% - 18% na funduszach, po 16 latach będziemy mieć ok. 55% - 340% zysku.

Reasumując: owszem, warto gromadzić oszczędności na przyszłość. Warto się zabezpieczyć na emeryturę, czy też na czas, w którym będziemy pozbawieni pracy. Kokosów jednak nie ma co się spodziewać, jeśli jesteśmy drobnymi ciułaczami. Znane mi są z historii przypadki, w których z powodu hiperinflacji udało się komuś spłacić kredyt hipoteczny w kilka dni. Oznacza to jednak też, że ktoś inny z tego samego powodu stracił oszczędności całego życia. Urodziłem się w czasach PRL-u, kiedy "modne" było trzymanie dolarów, jako pewnej inwestycji. Starsza ciotka trzymała banknot, studolarówkę, która przedstawiała wtedy ogromną wartość. Pewnie ma ją do dziś, przy czym nie przeżyje za nią nawet miesiąca. Na skromne zakupy dla siebie wydałem dziś 30 PLN, które kilkanaście lat temu było niebotyczną wręcz kwotą, za którą można było utrzymać kilkuosobową rodzinę przez tydzień. Pamiętam, jak kupowałem mini-wieżę z magnetofonem i CD w połowie lat 90-tych, zapłaciłem za nią 400 PLN, oszczędzane przez dość długi czas. Teraz mogę miesięcznie tyle wysupłać, a potrzebuję dziesięć razy więcej na zakup porządnego laptopa. Na deser zaś mała konkluzja z przymrużeniem oka2:


1 - to taki żart, jakby ktoś nie wyłapał
2 - James Byron Dean rozbił się w Porsche 550 w wieku 24 lat

Syberia nad Wisłą

Popełniono 30 listopada 2010 o godzinie 02:51:13

Opuszczałem pewien budynek na Okęciu o godzinie 20:30. Tramwaje już nie jeździły, ponieważ przy placu Zawiszy miały mały karambol - ponoć. Udałem się na pobliski przystanek autobusowy, gdzie pewna osoba czekała już od 19:00 na autobus, aż w końcu 182 przyjechać raczyło o 21:00. Nie omieszkałem wsiąść i wykorzystać trochę ciepła nagromadzonego wewnątrz... Mniejsza o to, że nie pasowała mi ta linia, byle kawałek przejechać we właściwym kierunku.

Jednakże pokonanie 5 przystanków zajęło temu wehikułowi prawie 50 minut, a jeśli chodzi o odległość, stanowiło to mniej niż połowę trasy. Pozostałą część postanowiłem pokonać już na piechotę. Zajęło to godzinę, a w tym czasie nie wyprzedził mnie żaden autobus, na który mógłbym czekać.

To nie były godziny szczytu, po 21 próżno się doszukiwać w normalnych warunkach korków przecież, a trasa zajęła mi blisko 2,5h. Wnioski? Syberia przesunęła się nad Wisłę. Apokalypsa! :)

Intelygencyja

Popełniono 26 listopada 2010 o godzinie 00:15:01

Wsiadam do autobusu, jest kilka wolnych miejsc - myślę "a co mi tam, usiądę". Autobus wlecze się niemiłosiernie, korki niemiłosierne sprawiają, że pokonuje przestrzeń z zawrotną prędkością wynoszącą ok. 1 przystanku na 20 minut.

Następny przystanek, wsiada grupa zmarzniętych pasażerów, w tym również płeć słaba w różnym wieku. Co rezolutniejsze panie znalazły sobie miejsce do siedzenia, dwie czy trzy (już mniejsza o ich wiek) stoją, zatem postanowiłem nie grać chama i miejsce zwolnić. Jednak nim zdążyłem przekazać delikatnie którejkolwiek z nich, że tam jest wolne miejsce, zostało ono wzięte w okupację. Przez pana w wieku około lat trzydziestu pięciu, pod krawatem, z teczką... Który automatycznie skupił swoją uwagę na stojących obok w korku samochodach.

Przez chwilę miałem ochotę wyciągnąć post-itkę, napisać na niej "Kretyn miesiąca" i przykleić mu na czoło, przeszło mi jednak. Intelygent, że aż krew zalewa.

Wyszukiwarka

About

"zammer" należy pisać z małej litery. Zawsze. Nawet, jak jest na początku zdania. Jest to swoista anomalia ortograficzna (więcej...)

RSS

Miniblog

Nędzna komercyja

  • zammer
  • cyrodiil.pl
  • 2111.pl
  • Opera Web Browser

Treść bloga zammerologia stosowana jest dostępna na licencji Creative Commons - Uznanie autorstwa 3.0.
Design by zammer, częściowo zainspirowany przez Zergalla. Fugue Icons by pinvoke.
Powered by JoggerPL.
hljeg surim mekten keudsme