Kochany i uwielbiany przez wszystkich Instytut Magii, Guseł i Wróżbiarstwa upublicznia czasami na stronie pogodynka.pl radarową mapę opadów nad Polską z "rozdzielczością 10 minut": http://www.pogodynka.pl/radary10/radary10.php - właśnie, czasami. Coraz częściej wyłączają nam, szarym obywatelom, dostęp do tej jakże ciekawej strony.
Nie dochodząc, co jest "stanem zagrożenia" ani też "osłoną zdarzeń specjalnych", kiedy to owa prezentacja ma być aktywna, poszperałem trochę i wydłubawszy bebechy tej strony wrzuciłem jako mirror pod adres: http://zammer.eu/radary_imgw/ Działa poprawnie, za pomocą ich własnego skryptu pobierając ich własne grafiki z mapami. Miłej zabawy.
Pół godziny temu dostałem maila z Autodesku, w którym chwalą się, że nowe wersje 2011 oprogramowania Autodesk są już dostępne - świetnie, można pomyśleć, że interesują się potencjalnymi klientami i wysyłają takie info. Problem leży w tym, że od prawie dwóch tygodni w sieci można znaleźć już wersje pirackie... Nie ma to jak szybkie info.
Co do wymagań, to niewiele się zmieniły, jest tak jak w wersji 2010:
Przy czym dla 2010 dwie ostatnie pozycje okazują się być kompletną bzdurą. Program działa bez zarzutu przy 1 GB RAMu, a w systemie tkwi stare MSIE 6 i się o nic nie pluje. Tylko przy bardziej złożonych projektach "trochę dłużej myśli". Przy 2011 jeszcze znak zapytania stoi, czy pociągnie na moim laptopie.
... zaczyna się dość ciekawym akcentem, który większości ludzi pewnie umknął. Na fali wyroku ze Strasburga, niejaki Lesław Maciejewski od stycznia sądził się z miastem Świnoujściem w sprawie usunięcia krzyży ze ścian urzędu, w tym również z gabinetu prezydenta Świnoujścia.
We wczorajszej Rzeczpospolitej doczytałem, że Komisja Europejska jak zakazała klasycznych żarówek o mocy 100 W, tak w tym roku wycofane zostaną ze sprzedaży te o mocy 75 W. Przy okazji powołując się na serwis verivox.pl, napisali, że rocznie na każdej zamontowanej świetlówce energooszczędnej można zaoszczędzić 46 zł. Jak ta statystyka wygląda w praktyce?
Przykładem są cztery żyrandole zawieszone w czterech pomieszczeniach:
Jedna zwykła żarówka ma moc 75 W, kosztuje 80 groszy i super trwałości nie ma - ot, najtańszy sprzęt bez konkretnej marki nawet. Jedna świeltówka zaś kosztuje... Różnie. "Testowane" były i takie za 20 zł, jak i też takie za 50 zł. Gwarancji żaden producent na nie nie dawał.
Do przybliżonych obliczeń weźmy "zimowe półrocze", czyli jakieś 180 dni. Od początku października żarówki zwykłe przepalały się (uśredniając) jedna na trzy miesiące, czyli powiedzmy 7 żarówek wymienionych dwukrotnie, czyli 14. A tam, bądźmy pesymistami i przyjmijmy 20. Daje nam to oszałamiającą kwotę 16 zł! Zawyżmy to nawet do 20 zł, "na korzyść świetlówkom".
Energooszczędne świetlówki z kolei to problem znacznie bardziej złożony - pół roku to zbyt krótko, aby mówić o średnim czasie życia takiego "badziewia", można podać tylko konkrety. Zaraz po zamontowaniu w pomieszczeniu D 5 sztuk tych droższych (za ok. 50 zł) dwie padły po niecałym tygodniu. Po 5 miesiącach wysiadła kolejna. Daje nam to koszt 8 świetlówek po niecałe 50 zł każda, przyjmijmy zatem że 400 zł.
W pomieszczeniu C stosowane są świetlówki tańsze, co widać na pierwszy rzut oka - włącza się światło, to jedna świeci jak "prawie-biała", druga jak "rudo-żółta", a trzecia wpada w głęboki fiolet - mija kilka minut, zanim się rozgrzeją. Ich żywotność nie jest też zachwycająca: od zamontowania na przełomie września i października trzech sztuk kosztujących 20 zł, trzeba było je wymieniać 6 razy! Czyli 9 sztuk za łączną kwotę 180 zł.
Jak z kosztem energii? Za 1 kWh płacę standardowo 39 groszy. Przyjmijmy, że oświetlenie włączone było przez 8 godzin na dobę. Przy rozpatrywanych 180 dniach daje to 1440 godzin. Łącznie 7 zwykłych żarówek miało moc 525 W (każda po 75 W), a żarówki energooszczędne to 8 sztuk po 18 W każda, czyli 144 W. Przy zwykłych żarówkach otrzymujemy zatem 1440 * 0,525 kW = 756 kWh. Przy świetlówkach: 1440 * 0,144 = 207 kWh.
Zatem używanie zwykłych żarówek kosztowało niecałe 300 zł, używanie świetlówek 80 zł z groszami. Dodając koszty zakupu: dla zwykłych żarówek 20 zł, dla świetlówek 530 zł. Razem: 320 zł na 7 zwykłych żarówek, 660 zł na 8 energooszczędnych świetlówek.
Przyjmijmy, że wydłużamy rozpatrywany okres do całego roku. W lecie światła rzadziej używamy, więc powiedzmy, że przez następne pół roku czas działania to średnio 5 godzin na dobę, czyli 900 godzin w ciągu rozpatrywanego okresu. Przyjmijmy, że żarówki zwykłe będą się przepalać tak jak wcześniej, czyli kolejne 20 zł. Zużyją natomiast 473 kWh, za co zapłacimy 185 zł - czyli 205 zł za kolejne pół roku, co pozwala nam oszacować koszt na poziomie 525 zł.
W tym czasie świetlówki energooszczędne zużyją 130 kWh, co kosztować będzie 50 zł. Przyjmijmy, że jakimś cudem przestaną się tak przepalać, będę musiał wymienić jedną za 50 zł do końca rozpatrywanego okresu i dwie za 20 zł (mało prawdobodbne, ale niech będzie) - łącznie jest to zatem 800 zł rocznie.
Dobrze, powie ktoś jeszcze, uwzględnione są w tych obliczeniach "koszty rozruchu", czyli zakup dużej ilości świetlówek energooszczędnych. Odejmijmy je zatem i weźmy pod uwagę tylko średnie koszty wymiany.
Tańsze, za 20 zł sztuka, średnio 12 wymian rocznie (2 * 6, które trzeba było wymienić w ciągu ostatniego pół roku), co daje 240 zł. Droższe, 6 (2 * 3, które trzeba było wymienić w ciągu ostatniego pół roku) wymian rocznie, czyli 300 zł. Razem 540 zł. Do tego dodajmy energię, którą zużywają: 207 + 130 = 337 kWh, co kosztuje 130 zł. Łącznie 670 zł, czyli prawie 84 zł rocznie za sztukę. Nadal więcej niż za zwykłą żarówkę.
Oszczędzam 46 zł rocznie na jednym takim badziewiu? Gdzie i kiedy? Chyba tylko we wszechświecie równoległym, do którego wstępu bronią eko-lobbyści.
Widać zatem, że koszty zakupu energooszczędnego bubla nijak nie są rekompensowane przez oszczędność energii. Śmiem nawet twierdzić, że szacunek czasu pracy żarówki na poziomie 2340 godzin w ciągu roku jest mocno zawyżony, zatem oszczędność na kosztach energii będzie znacznie niższa, a koszt zakupu pozostaje na tym samym poziomie. Krótko podsumowując: dziś o godzinie 20:30, w ramach protestu przeciwko bełkotowi eko-lobbystów, z okazji akcji WWF nazywającej się szumnie Godzina dla Ziemi zapalę wszelkie możliwe elektryczne źródła światła, jakie znajdę pod ręką. Na okrągłą godzinę.
Niejako przymuszony siłą wyższą (a wbrew założeniom poczynionym w przeszłości, żeby jak ognia unikać przeróżnych społecznościówek), postanowiłem zarejestrować się na Facebooku. Z racji rosnącej ostatnio paranoi na punkcie prywatności nie skorzystałem z opcji "podaj nam hasło do swojego maila, to znajdziemy twoich znajomych!" Nie podawałem żadnych istotnych informacji, a zaraz po przejściu (cóż ukrywać, dość idiotycznie upierdliwego) procesu zakładania konta, w opcji "znajdź znajomych - propozycje" zobaczyłem nie tylko swojego brata, ale również całkiem sporo osób faktycznie mi znanych.
Lekko mnie to zszokowało. Bo niby jakim cudem? Przecież nie po żadnych ciasteczkach, bo z tego komputera korzystam tylko i wyłącznie ja sam. Nie po IP, bo siedząc na uczelni jestem widoczny tak samo jak tysiące innych studentów. Większość popularnych skryptów analizujących również mam zablokowanych, więc?
I przypomniałem sobie pewien spam, który dostaję regularnie z serwisu hi5.com - wystarczy, że znajoma/znajomy poda gdzieś (czy to na facebooku, czy w takim hi5) swojego maila i hasło, serwis przemieli skrzynkę kontaktów i już mamy gotowe powiązanie. Na pewno są tam jeszcze bardziej wyszukane metody, ale ta jedna podstawowa pozwala na podstawowe połączenie ze sobą ludzi (a właściwie adresów mailowych).
Wniosek? Nawet jeśli ktoś paranoicznie dba o własną prywatność, inni go zdemaskują w mniejszym czy większym stopniu.
W ramach ćwiczeń z lenistwa zachciało mi się w tym roku znowuż przesłać zeznanie podatkowe przez internet. Oprócz frustracji, o którą przyprawił mnie wymóg instalowania kobyły zwanej Adobe Reader (preferuję obecnie lżejszego i znacznie przyjemniejszego Foxit Readera), miałem okazję przeżyć na koniec jeszcze jedną niespodziankę:

Zgodnie z prawami Murphy'ego, jeśli coś ma się zepsuć, to zepsuje się przy okazji czegoś naprawdę ważnego. W tym przypadku przy wysyłaniu PITa (czy raczej PITu?). Jestem ciekaw, czy Linuksiarze mają z tym problemy?
W weekendowej Rzeczpospolitej imć Andrzej Rostocki opublikował listę najlepiej sprzedających się książek w ubiegłym roku. Biorę do ręki, szybki rzut oka i... Czegoś brakuje!
Wydawnictwo Dolnośląskie strzeliło focha (to ci, którzy zalewają polski rynek wątpliwej jakości dziełami Stephenie Meyer) i odmówiło Rostockiemu wyjawienia informacji o sprzedaży swoich książek, podczas gdy na swojej stronie chwalą się, jak to saga "Zmierzch" zdobyła nagrodę dla najlepiej sprzedającej się pozycji w empikach w kategorii "Literatura dziecięca i młodzieżowa". Biorąc pod uwagę, jak długo książki pani Meyer utrzymywały się na szczytach różnych list bestsellerów, powinny raczej okupować czołówki zestawień rocznych.
Andrzej Rostocki publikując swoje listy bestsellerów i krótkie komentarze w Rzeczpospolitej ma stosunkowo szerokie grono odbiorców (w każdym razie znacznie szersze niż literatura "branżowa"), a na prozie Stephenie Meyer nie pozostawił suchej nitki. Wydawnictwo woli się zatem wypiąć na krytyka.
Dziś liczy się nie jakość, a kasa, jaką można zarobić na danym przedsięwzięciu. Czy to w muzyce (cóż nowego wypromuje Simon Cowell?), w filmie (Pocahontas Avatar James'a Camerona), czy też w literaturze. Życzę zatem Wydawnictwu Dolnośląskiemu dalszego strzelania fochów na wszystkich wokół. Tylko opłaćcie lepiej swoich pracowników, żeby ktoś wyjątkowo niezadowolony ze swojej pensji, nie zrobił wam kreciej roboty. Powinno was być na to teraz stać.
PS Osobiście, w ramach eksperymentu naukowego, przeczytałem w zeszłym roku "Zmierzch" - żeby nikt mi nie zarzucił, że krytykuję coś, czego nie znam. Strata czasu.
Od kiedy Sparrow wprowadził "cenzurę na trolle", rozpętała się mała burza. Zamach na wolność! Pogwałcenie swobód! - dało się słyszeć. I mimo, że żaden troll nie został wskazany palcem i powieszony w stylu "pirates, ye be warned", to pojawiła się specyficzna autocenzura - ci, którym nie pasuje podejście administracji joggera, sami się przenoszą. I nie, nie mam na myśli tego, że wszyscy, którzy gdzieś uciekają, są trollami, ale niektóre przypadki są niezwykle klarowne:
Tzw. społeczność joggera już dawno leży i kwiczy, podsycenie fali przenosin własnymi przenosinami i wpisem na poziomie 0 i tak nic już nie popsuje - bo nie ma co. A przynajmniej dostarcza trochę rozrywki ;]
(autor: Mariusz Różycki; źródło)
IMAO to jest trolling w czystej postaci. Nie ma to jak dobra rozrywka, prawda? Podobno Neron też się nieźle bawił, podpalając Rzym. Ubaw po pachy.
Jak już kiedyś pisałem, wykop.pl jest (w mojej opinii) jednym z tych serwisów, które od pięknej i jakże szlachetnej idei Web 2.0 stoczyły się w mętne bagno, charakteryzujące się zbiorowym (mocno zaniżonym) poziomem intelektualnym.
Wykopu od dawna już nie przeglądam, we wtorki tylko dostaję maila z najpopularniejszymi pozycjami tygodnia - to czasem zajrzę, co tam wykopowicze wymyślili. Niestety czasy, kiedy wykop agregował ciekawe linki wyszperane w sieci, dawno już minęły. Teraz na topie jest zbiorowo-wykopowy blog zwany pokazywarką, gdzie użytkownicy tego serwisu śledzą różne "afery", dzielą się z innymi swoimi błyskotliwymi przemyśleniami i wykazują wysoki współczynnik parcia na "wykop-effect". Innym, niezwykle popularnym elementem są linki do pseudo-śmiesznych grafik.
Reasumując: wykop przedstawia taki poziom, jaki reprezentują sobą jego użytkownicy - niezwykle mierny. Jednak to, co zobaczyłem na mailu wczoraj, w top-wykopach tygodnia, ścięło mnie z nóg. Sprawa dotyczyła fałszywego sklepu internetowego: http://www.wykop.pl/link/278165/wykop-wykryl-oszustwo-internetowe-final-sprawy oraz http://www.wykop.pl/link/278159/kryminalne-zagadki-wykopu. Przeraziło mnie, jak bardzo wykop zbliżył się do poziomu serwisu chano-podobnego, gdzie wszyscy zgodnie dokonują linczu. Nieistotne jest w tym momencie, czy ta osoba jest winna, czy nie - ma pełne prawo do ochrony własnego imienia i wizerunku. W Polsce istnieje coś takiego jak domniemanie niewinności. W mediach, bez zgody sądu, nie można publikować wizerunku i nazwiska osoby podejrzanej. Nawet, jeśli wszyscy wiedzą o kogo chodzi, słyszymy o Lwie R., Andrzeju S. itd. W tym wypadku wykopowicze wpadli w dziki szał szukania informacji na temat danej osoby. Jak w piaskownicy, ma tu miejsce ostracyzm w wykonaniu gówniarzy. Bo inaczej tego nazwać nie można. Gówniarzy. Publikują jego imię, nazwisko, numer telefonu, zdjęcie, informują się nawzajem, gdzie mieszka. Wymieniają się tymi informacjami i, stawiam dolary przeciwko orzechom, że znaleźli się już idioci, którzy do niego dzwonili, jak to prezentuje komiks z drugiego z przytoczonych wykopów.
Na ironię zakrawa fakt, że autor pierwszego wykopu pisze:
*nie wiadomo czy oszustem i właścicielem sklepu internetowego rtv.cba.pl jest użytkownik o nicku seba1310, być może miał wspólnika lub ktoś po prostu podszył się pod tą osobę w celu zatuszowania swoich prawdziwych danych.
Wszystkie informacje zostały zebrane przez użytkowników wykop.pl i zestawione w jedną całość.
Źródłem tych informacji są komentarze http://www.wykop.pl/link/277751/jak-bardzo-trzeba-byc-glupim-zeby-dac-sie-na-to-nabrac
Skoro nie mają pewności, to dlaczego linczują tego człowieka już teraz? Zamiast podniecać się nad klawiaturą i krzyczeć "Pójdziesz siedzieć!", sami powinni się zastanowić, czy nie złamali prawa, naruszając prywatności tej konkretnej osoby. I czy nie usłyszą tego samego od innych.
Nie widzę różnicy między wykopem a 4chanem, z którym wykopowicze czasami "walczą", ani różnicy między wykopem a onionforums, które to wykopowicze swojego czasu tak piętnowali. We wszystkich tych przypadkach występuje społeczność złożona w przeważającej części z bandy gówniarzy i idiotów. Zaś idea Web 2.0 bierze w łeb.
Notatka końcowa: Jak można było się spodziewać, wykop się zbiorowo oburzył, kiedy ktoś to wrzucił tamże. Aczkolwiek pojawiły się też głosy rozsądku, niektórym należy się duży plus za podejście z dystansem. Jednak w oczy rzucają się i trolle (patrz 8. komentarz pod spodem), którzy z pianą na ustach pokazują, jak to czują się oburzeni.
No i dyskusje, przykro mi panie zammer, ale bądź co bądź, kiedy trafia się poważny temat, wciąż trzymamy poziom.
W to jednak śmiem wątpić. Są osoby, które wysoki poziom trzymają, ale odnoszę nieodparte wrażenie, że znacznie więcej jest tych, którzy ów poziom skutecznie ciągną w dół. Niestety są znacznie bardziej widoczni, bo więcej piszą i stosują większą liczbę wykrzykników, okraszając swoje wypowiedzi łaciną podwórkową (autocenzurowaną poprzez !%$%#$@).
Święta w toku, to i trochę wolnego czasu się znalazło na tuning szablonu. Jako że pecet i Zergall marudzili, to nagłówek poszedł do wymiany. Blok z formularzem komentarza przesunął się trochę w prawo, żeby nie szpecić kilkupikselowym odskokiem, kolory w dolnej części szablonu nabrały trochę bardziej stonowanych odcieni, a także poprawiłem nieco wygląd minibloga. Do tego dorzuciłem jeszcze, tak na wszelki wypadek, style dla <ins></ins> oraz <del></del>
Reszta albo bez zmian, albo z drobnym liftingiem.
"zammer" należy pisać z małej litery. Zawsze. Nawet, jak jest na początku zdania. Jest to swoista anomalia ortograficzna (więcej...)
Treść bloga zammerologia stosowana jest dostępna na licencji Creative Commons - Uznanie autorstwa 3.0.
Design by zammer, częściowo zainspirowany przez Zergalla. Fugue Icons by pinvoke.
Powered by JoggerPL.