Black Mirror

Popełniono 13 stycznia 2012 o godzinie 11:01:10

Surrealistyczny mini serial. Trzy odcinki, każdy o czym innym, a jednak wszystkie mające wspólny motyw.

We are addicted to gadgets – but what are their side-effects? In his new drama series, Black Mirror, Charlie Brooker explores the dark side of our love affair with technology

źródło

Niech osoby o wrażliwych nerwach nie zrażają się motywem pierwszego odcinka - porwana księżniczka brytyjska zostanie uwolniona pod warunkiem, że premier odbędzie zoofilski stosunek ze świnią, transmitowany na żywo w telewizji. Hoax, rozprzestrzenianie się treści w internecie i reakcje społeczeństwa. Plus trochę nieudanej próby cenzurowania internetu.

Druga i trzecia część są trochę bardziej science fiction, ale dramatyzmu też nie brakuje. Dostaje się grom społecznościowym i zakupom wirtualnych przedmiotów, telewizyjne show typu "Mam talent" też nie zostają oszczędzone, bardziej w duchu Orwella. Facebookowi też się dostaje - co może wyniknąć z tego, co wiemy o sobie i innych (timeline)?

Zdecydowanie warte polecenia i przemyślenia. Duchy Orwella, aluzje do idei Jobsowo-apple'owskich, satyra na Zuckerberga. Dużo smaczków, a na osłodę Johnny Quid z Rocknrolli, czyli Toby Kebbell w trzeciej części.

Znowu mam ochotę przeczytać po raz n-ty "Limes inferior" Zajdla.

Sherlock Holmes: A Game of Shadows

Popełniono 02 stycznia 2012 o godzinie 09:42:31

Kino. Pół godziny przed filmem (który miał rozpocząć się o 20:15, a zaczął się o 20:45) mam okazję rozkoszować się porcją reklam i zwiastunów (lub trailerów, jak kto woli). Jednym z nich była zapowiedź trzeciego Batmana wg Nolana: "Dark Knight Rises". Osobę, która popełniła jego tłumaczenie, należy spalić, poćwiartować, rozstrzelać, powiesić i oddać na tortury. Słowa "the epic conclusion" zostały przełożone na "epickie podsumowanie" - ręce opadają.

Sam film Guy'a Ritchiego wydaje się być odrobinę słabszy niż pierwsza część, jak to zwykle bywa z ciągnięciem tematu, chociaż trzeba przyznać, że dawka humoru jest potężna.

Czytaj dalej...

Poszukiwane rekomendacje

Popełniono 16 sierpnia 2011 o godzinie 15:46:03

Z racji nadmiaru lenistwa w wolnym czasie nadrabiam zaległości w klasyce kina. Owszem, każdy klasykę pojmuje inaczej... Jednak tutaj chodzi o klasyczną klasykę, która bez dwóch zdań ma swoje miejsce w historii, z ukierunkowaniem na porządnych aktorów - takich, jacy się już nie powtórzą: m.in. Lee Marvin, Steve McQueen...

Obejrzałem ostatnio The Killers z 1946 roku, The Killers z 1964 roku, Point Blank z 1967 roku, The Killing z 1956 roku, The Great Escape z 1963 roku (kolejność przypadkowa). W kolejce czekają jeszcze wyidealizowane w moich wyobrażeniach Bullit z 1968 roku czy Sweet Smell of Success z 1957.

Reasumując, dryfuję chyba w stronę klimatów noir i starych filmów sensacyjnych. Jeszcze gdzieś tam czeka na mnie Paul Newman ze sztandarowym The Sting z 1973 roku. I szukam, szukam jeszcze. Propozycje?

Czytaj dalej...

James Cameron's Avatar - wrażeń kilka

Popełniono 28 grudnia 2009 o godzinie 02:45:56

Wtórnie, czy nie - w niedzielę, dnia 27 grudnia 2009 roku wybrałem się ze znajomymi dość spontanicznie na Avatar Jamesa Camerona. Odtrąbiono w mediach wielką rewolucję, hasła reklamowe zachwycają... Podczas gdy ten film ma więcej minusów niż plusów. Może nie liczebnie, ale jakościowo.

Dlaczego? - można by zapytać. Dlatego, że szum medialny wokół niego przerasta znacznie to, co sam film sobą reprezentuje. Zacznijmy jednak od plusów... Oprawa wizualna: majstersztyk! Warsztat na najwyższym poziomie, wbija w fotel i zrzuca z głów kapelusze. Wrażenia, jakie pozostawia po projekcji, są niesamowite. Tu się panowie od reklamy nie przeliczyli, jeśli chodzi o ten jeden szczegół, naprawdę warto na film się wybrać. Muzyka również trzyma wysoki poziom. Nie przeszkadza, dźwięk wspaniale współgra z przedstawionym światem.

I koniec, więcej pozytywnych cech nie zauważyłem. Minusy mają znacznie większą "siłę", a wszystkie przyprawiały mój umysł o drgawki. Fabuła filmu jest tendencyjna do potęgi, nie wnosi nic nowego do kinematografii, żadną rewelacją nie jest. Gra aktorska przyprawia o niesmak, poszczególne postacie wydają się być wyjęte z zupełnie różnych historii. Stephen Lang w roli pułkownika Quaritcha jest przerysowany do granic możliwości - odniosłem wrażenie, że twórcy chcieli zaadoptować na własne potrzeby jakiś surrealistyczny charakter z filmów Tima Burtona. Postać Jake'a Sully'ego (grany przez Sama Worthingtona) jedzie po bandzie - od irytującego gówniarza, poprzez przemianę i wewnętrzne oczyszczenie, do bohatera będącego pół-bogiem z greckiej mitologii. Jedynie Sigourney Weaver pokazuje trochę klasy, nie irytuje tak bardzo. Film wydaje się mieć zacięcie moralizatorskie, wyraźnie zarysowani źli ludzie i wojskowy dryl, dobre i empatyczne charaktery osób, które kontaktują się z rasą tubylczą, Na'vi. Podręcznikowy wręcz przykład przerostu formy nad treścią.

Pomniejsze minusy: projekcja trwa ponad 2,5 godziny. To zdecydowanie zbyt dużo. Oczy w pewnym momencie zaczynają się męczyć, patrząc przez specjalne okulary, które dodatkowo niektórych będą diabelnie uwierać. Napisy momentami stają się nieczytelne, kiedy nie wiadomo, czy są bliżej czy dalej, niż jakiś element sceny - to dla osób nie posługujących się biegle angielskim może być poważnym dyskomfortem.

Reasumując: film wizualnie jest przepiękny i zachwyca, to na pewno. Jednak treść, jaką ze sobą niesie, zdecydowanie jest "lekka, łatwa i przyjemna" - dla mas. Tak dobrana, żeby przypadła do gustu większości widzów na świecie. Widza, który oczekuje od filmu czegoś więcej, niż tylko "efekciarstwa", Avatar mocno zawiedzie. Rewolucją jest od strony technicznej - jest pierwszym filmem nakręconym w całości na taśmie 50 mm. Czy jednak zwykły, szary Kowalski jest w stanie dostrzec różnicę z tego płynącą? Nie wydaje mi się. Przełomem i rewolucją był pierwszy Matrix, który liczy sobie już 10 lat. Widz dostawał nie tylko po oczach wizualną stroną, ale też fabuła i treść, jaką ze sobą niósł, weszła na dobre do masowej kultury. Osobiście wychodziłem z kina czując dreszcz emocji. Współczesny widz, 10 lat po pierwszym Matriskie i wielu innych filmach, które na dobre odmieniły kino, jest znacznie bardziej trudnym materiałem dla twórców, trudniej go czymś naprawdę zaskoczyć. Dodatkowo, jeśli widz wymaga od filmu czegoś więcej niż tylko czystej rozrywki, to tym trudniej jest zrobić film, który po latach uzyska, w opinii większości, miano "kultowego".

Jednak nie dramatyzujmy. Avatar to kawał porządnej rozrywki. Wart obejrzenia, ale nie wart oceny rzędu 9/10, jaka teraz widnieje na filmwebie, czy 8,8/10, jaka jest na IMDB. Osobiście dałbym mu 7,5/10 - bo to naprawdę dobry film. Daleko mu do "arcydzieła" czy "rewelacji", głównie ze względu na przerost formy nad treścią.

Nie dajmy się zwariować, nie dajmy się zwieść reklamom. 3D nie jest "rewolucyjnym przełomem". Jest dodatkiem, który uatrakcyjnia projekcję, ale bardziej wydaje się "bajerem" niż czymś, co ma zmienić współczesną kinematografię. Zresztą, 3D jest w tym wypadku tylko iluzją, głębią stworzoną sztucznie na płaskim ekranie. Rewolucją na miarę wprowadzenia dźwięku w filmie będzie obraz holograficzny, rzeczywiste 3 wymiary. Tylko kiedy się tego doczekamy?

Wyszukiwarka

About

"zammer" należy pisać z małej litery. Zawsze. Nawet, jak jest na początku zdania. Jest to swoista anomalia ortograficzna (więcej...)

RSS

Miniblog

Nędzna komercyja

  • zammer
  • cyrodiil.pl
  • 2111.pl
  • Opera Web Browser

Treść bloga zammerologia stosowana jest dostępna na licencji Creative Commons - Uznanie autorstwa 3.0.
Design by zammer, częściowo zainspirowany przez Zergalla. Fugue Icons by pinvoke.
Powered by JoggerPL.
hljeg surim mekten keudsme