Marcin Kosedowski niby już o tym pisał, jednak pod kątem Facebooka. Jak naprawdę wygląda szara strefa handlu danymi osobowymi w Polsce? Czy myślisz, że twoje dane są bezpieczne? Czy jesteś przekonany, że w przypadku wycieku wystarczy zgłosić sprawę do GIODO i wszystko będzie w porządku?
Miałem (tak, miałem) legalną wersję AutoCAD-a 2010. Licencja edukacyjna, czyli do wykorzystania niekomercyjnego. Korzystało się miło, tylko przy plotowaniu rysunki były na brzegach oznaczone wyraźnie, że zostały wykonane przy użyciu wersji edukacyjnej oprogramowania firmy Autodesk. Wszyscy byli zadowoleni... Do pewnego momentu.
Pewnego pięknego dnia uruchamiam aplikację, a ta mi krzyczy:
Licencja wygasła. Aby korzystać z produktu AutoCAD 2010, musisz ponownie aktywować licencję. Co chcesz teraz zrobić?
W swojej naiwności wybieram opcję aktywacji, sądząc że wszystko pójdzie gładko. Gdzież tam, wyskakuje mi piękny komunikat o konieczności "skontaktowania się z autoryzowanym sprzedawcą (błąd 30)". Wchodzę więc na stronę Autodesk, loguję się i próbuję znaleźć informacje na ten temat - okazuje się, że nie mogę już używać wersji 2010, zmuszają mnie do przejścia na 2011. Ba, oficjalnie już nie mogę starszego programu na nowo pobrać nawet. Problemy się piętrzą, bo mój laptop i tak już ledwo dyszy przy wersji 2010 - oficjalnie jest słabszy niż wymagania minimalne sprzętowe podawane przez producenta. AutoCAD 2011 nie wchodzi w grę, dopóki nie dokonam upgrade'u sprzętu.
W ten oto sposób Autodesk zmusza mnie do szukania rozwiązań nieoficjalnych, żebym nadal mógł korzystać z ich oprogramowania. Najpierw się chwalą, że dla studentów udostępniają swoje oprogramowanie na specjalnej licencji, a potem ją ograniczają i jeśli nie zatańczysz, jak ci zagrają, to płakać po tobie nie będą, naiwny użytkowniku. Coś takiego tylko zniechęca, zamiast promować pozytywny wizerunek firmy. A pies? A pies im mordę lizał!
Dwóch mężczyzn, niemłodych już niestety, ale też nie starych ramoli, ciągnie w noc rozmowy. Męskie rozmowy o życiu i o śmierci, polemiki, dyskusje - spać im się nie chce, a gadka "się klei". Dochodzą wspólnie do wniosku, że wspólnie mają znacznie większy potencjał niż każdy z osobna. Nazwijmy go potencjałem polemiczno-felietonistycznym, który teoretycznie można przekuć na funkcjonujący produkt.
Koncept się powoli klaruje w głowach, z uszu dymi, zapał rośnie i sami się nawzajem przekonują, że warto by stworzyć ów produkt. Bez żadnego biznesplanu, za to z założeniem jednym - tworzyć dla pasji, dla siebie, żeby szlifować warsztat, bynajmniej nie dla zarobku. Forma? Ni to blog, ni to drobny serwis publicystyczny, ale bez grupy docelowej, z dość niewyraźnie zakreśloną tematyką - taka "sztuka dla sztuki".
Oprócz idei - mnóstwo pytań bez odpowiedzi... Ile takich pomysłów już powstawało, ile nie ujrzało światła dziennego, a ile upadło po pierwszym miesiącu, roku? Ile świetlistych idei i nieoszlifowanych diamentów okazało się niewypałem z różnych względów? Ile dajemy owym bohaterom szans na to, że ich pomysł ruszy, ile że przetrwa próbę czasu i będzie kontynuowany, nie okaże się słomianym zapałem? Ile nocy muszą się z tym wszystkim przespać? Czy sama "sztuka dla sztuki" w tym wypadku jest warta zachodu? Czy po stworzeniu mają zabiegać o czytelników, czy też liczyć na to, że tworzona przez nich treść sama z czasem przyciągnie publiczność? Mają zaczynać w kieracie jakiejś gotowej platformy, czy też od początku stawiać na własną markę i szeroko pojmowaną niezależność?
"zammer" należy pisać z małej litery. Zawsze. Nawet, jak jest na początku zdania. Jest to swoista anomalia ortograficzna (więcej...)
Treść bloga zammerologia stosowana jest dostępna na licencji Creative Commons - Uznanie autorstwa 3.0.
Design by zammer, częściowo zainspirowany przez Zergalla. Fugue Icons by pinvoke.
Powered by JoggerPL.
hljeg surim mekten keudsme