Jak już kiedyś pisałem, wykop.pl jest (w mojej opinii) jednym z tych serwisów, które od pięknej i jakże szlachetnej idei Web 2.0 stoczyły się w mętne bagno, charakteryzujące się zbiorowym (mocno zaniżonym) poziomem intelektualnym.
Wykopu od dawna już nie przeglądam, we wtorki tylko dostaję maila z najpopularniejszymi pozycjami tygodnia - to czasem zajrzę, co tam wykopowicze wymyślili. Niestety czasy, kiedy wykop agregował ciekawe linki wyszperane w sieci, dawno już minęły. Teraz na topie jest zbiorowo-wykopowy blog zwany pokazywarką, gdzie użytkownicy tego serwisu śledzą różne "afery", dzielą się z innymi swoimi błyskotliwymi przemyśleniami i wykazują wysoki współczynnik parcia na "wykop-effect". Innym, niezwykle popularnym elementem są linki do pseudo-śmiesznych grafik.
Reasumując: wykop przedstawia taki poziom, jaki reprezentują sobą jego użytkownicy - niezwykle mierny. Jednak to, co zobaczyłem na mailu wczoraj, w top-wykopach tygodnia, ścięło mnie z nóg. Sprawa dotyczyła fałszywego sklepu internetowego: http://www.wykop.pl/link/278165/wykop-wykryl-oszustwo-internetowe-final-sprawy oraz http://www.wykop.pl/link/278159/kryminalne-zagadki-wykopu. Przeraziło mnie, jak bardzo wykop zbliżył się do poziomu serwisu chano-podobnego, gdzie wszyscy zgodnie dokonują linczu. Nieistotne jest w tym momencie, czy ta osoba jest winna, czy nie - ma pełne prawo do ochrony własnego imienia i wizerunku. W Polsce istnieje coś takiego jak domniemanie niewinności. W mediach, bez zgody sądu, nie można publikować wizerunku i nazwiska osoby podejrzanej. Nawet, jeśli wszyscy wiedzą o kogo chodzi, słyszymy o Lwie R., Andrzeju S. itd. W tym wypadku wykopowicze wpadli w dziki szał szukania informacji na temat danej osoby. Jak w piaskownicy, ma tu miejsce ostracyzm w wykonaniu gówniarzy. Bo inaczej tego nazwać nie można. Gówniarzy. Publikują jego imię, nazwisko, numer telefonu, zdjęcie, informują się nawzajem, gdzie mieszka. Wymieniają się tymi informacjami i, stawiam dolary przeciwko orzechom, że znaleźli się już idioci, którzy do niego dzwonili, jak to prezentuje komiks z drugiego z przytoczonych wykopów.
Na ironię zakrawa fakt, że autor pierwszego wykopu pisze:
*nie wiadomo czy oszustem i właścicielem sklepu internetowego rtv.cba.pl jest użytkownik o nicku seba1310, być może miał wspólnika lub ktoś po prostu podszył się pod tą osobę w celu zatuszowania swoich prawdziwych danych.
Wszystkie informacje zostały zebrane przez użytkowników wykop.pl i zestawione w jedną całość.
Źródłem tych informacji są komentarze http://www.wykop.pl/link/277751/jak-bardzo-trzeba-byc-glupim-zeby-dac-sie-na-to-nabrac
Skoro nie mają pewności, to dlaczego linczują tego człowieka już teraz? Zamiast podniecać się nad klawiaturą i krzyczeć "Pójdziesz siedzieć!", sami powinni się zastanowić, czy nie złamali prawa, naruszając prywatności tej konkretnej osoby. I czy nie usłyszą tego samego od innych.
Nie widzę różnicy między wykopem a 4chanem, z którym wykopowicze czasami "walczą", ani różnicy między wykopem a onionforums, które to wykopowicze swojego czasu tak piętnowali. We wszystkich tych przypadkach występuje społeczność złożona w przeważającej części z bandy gówniarzy i idiotów. Zaś idea Web 2.0 bierze w łeb.
Notatka końcowa: Jak można było się spodziewać, wykop się zbiorowo oburzył, kiedy ktoś to wrzucił tamże. Aczkolwiek pojawiły się też głosy rozsądku, niektórym należy się duży plus za podejście z dystansem. Jednak w oczy rzucają się i trolle (patrz 8. komentarz pod spodem), którzy z pianą na ustach pokazują, jak to czują się oburzeni.
No i dyskusje, przykro mi panie zammer, ale bądź co bądź, kiedy trafia się poważny temat, wciąż trzymamy poziom.
W to jednak śmiem wątpić. Są osoby, które wysoki poziom trzymają, ale odnoszę nieodparte wrażenie, że znacznie więcej jest tych, którzy ów poziom skutecznie ciągną w dół. Niestety są znacznie bardziej widoczni, bo więcej piszą i stosują większą liczbę wykrzykników, okraszając swoje wypowiedzi łaciną podwórkową (autocenzurowaną poprzez !%$%#$@).
Artykuł ten napisałem kiedyś na potrzeby pewnej grupy znajomych w celu spopularyzowania nie tyle irssi, ile samej idei ircowania. Umieściłem go w sieci, a niedawno okazało się, że ktoś tam go podlinkował na swoim blogu, ktoś wyczytał i na nasz kanał trafiła osoba z joggera. Miło się zaskoczyłem. Postanowiłem więc uogólnić go nieco i zamieścić na blogu. Może komuś się przyda. Tekst jest pisany z myślą o (prawie) zupełnych laikach, tak, żeby (prawie) każdy mógł go sobie przyswoić. I nie chodzi tu o społeczność joggera, ile raczej nadzieję, że wujek wielkie G spojrzy na to łaskawym okiem.
Wtórnie, czy nie - w niedzielę, dnia 27 grudnia 2009 roku wybrałem się ze znajomymi dość spontanicznie na Avatar Jamesa Camerona. Odtrąbiono w mediach wielką rewolucję, hasła reklamowe zachwycają... Podczas gdy ten film ma więcej minusów niż plusów. Może nie liczebnie, ale jakościowo.
Dlaczego? - można by zapytać. Dlatego, że szum medialny wokół niego przerasta znacznie to, co sam film sobą reprezentuje. Zacznijmy jednak od plusów... Oprawa wizualna: majstersztyk! Warsztat na najwyższym poziomie, wbija w fotel i zrzuca z głów kapelusze. Wrażenia, jakie pozostawia po projekcji, są niesamowite. Tu się panowie od reklamy nie przeliczyli, jeśli chodzi o ten jeden szczegół, naprawdę warto na film się wybrać. Muzyka również trzyma wysoki poziom. Nie przeszkadza, dźwięk wspaniale współgra z przedstawionym światem.
I koniec, więcej pozytywnych cech nie zauważyłem. Minusy mają znacznie większą "siłę", a wszystkie przyprawiały mój umysł o drgawki. Fabuła filmu jest tendencyjna do potęgi, nie wnosi nic nowego do kinematografii, żadną rewelacją nie jest. Gra aktorska przyprawia o niesmak, poszczególne postacie wydają się być wyjęte z zupełnie różnych historii. Stephen Lang w roli pułkownika Quaritcha jest przerysowany do granic możliwości - odniosłem wrażenie, że twórcy chcieli zaadoptować na własne potrzeby jakiś surrealistyczny charakter z filmów Tima Burtona. Postać Jake'a Sully'ego (grany przez Sama Worthingtona) jedzie po bandzie - od irytującego gówniarza, poprzez przemianę i wewnętrzne oczyszczenie, do bohatera będącego pół-bogiem z greckiej mitologii. Jedynie Sigourney Weaver pokazuje trochę klasy, nie irytuje tak bardzo. Film wydaje się mieć zacięcie moralizatorskie, wyraźnie zarysowani źli ludzie i wojskowy dryl, dobre i empatyczne charaktery osób, które kontaktują się z rasą tubylczą, Na'vi. Podręcznikowy wręcz przykład przerostu formy nad treścią.
Pomniejsze minusy: projekcja trwa ponad 2,5 godziny. To zdecydowanie zbyt dużo. Oczy w pewnym momencie zaczynają się męczyć, patrząc przez specjalne okulary, które dodatkowo niektórych będą diabelnie uwierać. Napisy momentami stają się nieczytelne, kiedy nie wiadomo, czy są bliżej czy dalej, niż jakiś element sceny - to dla osób nie posługujących się biegle angielskim może być poważnym dyskomfortem.
Reasumując: film wizualnie jest przepiękny i zachwyca, to na pewno. Jednak treść, jaką ze sobą niesie, zdecydowanie jest "lekka, łatwa i przyjemna" - dla mas. Tak dobrana, żeby przypadła do gustu większości widzów na świecie. Widza, który oczekuje od filmu czegoś więcej, niż tylko "efekciarstwa", Avatar mocno zawiedzie. Rewolucją jest od strony technicznej - jest pierwszym filmem nakręconym w całości na taśmie 50 mm. Czy jednak zwykły, szary Kowalski jest w stanie dostrzec różnicę z tego płynącą? Nie wydaje mi się. Przełomem i rewolucją był pierwszy Matrix, który liczy sobie już 10 lat. Widz dostawał nie tylko po oczach wizualną stroną, ale też fabuła i treść, jaką ze sobą niósł, weszła na dobre do masowej kultury. Osobiście wychodziłem z kina czując dreszcz emocji. Współczesny widz, 10 lat po pierwszym Matriskie i wielu innych filmach, które na dobre odmieniły kino, jest znacznie bardziej trudnym materiałem dla twórców, trudniej go czymś naprawdę zaskoczyć. Dodatkowo, jeśli widz wymaga od filmu czegoś więcej niż tylko czystej rozrywki, to tym trudniej jest zrobić film, który po latach uzyska, w opinii większości, miano "kultowego".
Jednak nie dramatyzujmy. Avatar to kawał porządnej rozrywki. Wart obejrzenia, ale nie wart oceny rzędu 9/10, jaka teraz widnieje na filmwebie, czy 8,8/10, jaka jest na IMDB. Osobiście dałbym mu 7,5/10 - bo to naprawdę dobry film. Daleko mu do "arcydzieła" czy "rewelacji", głównie ze względu na przerost formy nad treścią.
Nie dajmy się zwariować, nie dajmy się zwieść reklamom. 3D nie jest "rewolucyjnym przełomem". Jest dodatkiem, który uatrakcyjnia projekcję, ale bardziej wydaje się "bajerem" niż czymś, co ma zmienić współczesną kinematografię. Zresztą, 3D jest w tym wypadku tylko iluzją, głębią stworzoną sztucznie na płaskim ekranie. Rewolucją na miarę wprowadzenia dźwięku w filmie będzie obraz holograficzny, rzeczywiste 3 wymiary. Tylko kiedy się tego doczekamy?
Są święta, ludzie dają sobie prezenty, a co za tym idzie produkują więcej odpadów bytowo-gospodarczych. Mieszkając w niewielkiej miejscowości gdzieś w Polsce obserwuję, jak zmieniają się nawyki sporej części społeczeństwa. Niestety, wcale nie na lepsze.
W połowie ubiegłej dekady na peryferiach owej miejscowości istniały jeszcze dzikie wysypiska. Ludzie, mimo zakazów i walki lokalnych władz z tym zjawiskiem, wywozili różne śmieci kilkaset metrów za ostatnie domy mieszkalne i wyrzucali na pobocze. Gabarytowy sprzęt AGD najbardziej się rzucał w oczy, ale można tam było znaleźć praktycznie każdy rodzaj śmieci. Oprócz bezdomnych psów, włóczyli się tam czasami przedsiębiorczy rodacy, dając początek "nowoczesnemu biznesowi recyklingowemu". Na szczęście z czasem owe dzikie wysypiska zostały uprzątnięte, a na ich miejscu powstały nowe domy.
Ludzie zmienili swoje podejście do sprawy i dzikich wysypisk w bezpośredniej okolicy nie ma. Obowiązkiem każdego mieszkańca jest posiadanie umowy z MPO czy inną firmą na wywóz śmieci. Bez tego nie można nawet dostać pozwolenia na budowę bodajże. Jednak cwaniactwo i paskudna chciwość niektórych ludzi przeraża. Wybierają najtańsze "pakiety": najmniejsze pojemniki i jak najrzadszy wywóz śmieci. Pytanie: czy faktycznie tak dobrze się gospodarzą, że nie produkują takiej ilości odpadów, czy też znajdują inne metody na ich pozbycie się?
Scena dość powszechna: rano do pracy idzie elegancko ubrana pani w średnim wieku. Oprócz swojej torebki dźwiga (bądź "kitra" pod płaszczem) czarną torbę ze śmieciami. Mijając ustawiony przy chodniku niewielki śmietnik (taki zwyczajny, betonowy z metalowym wkładem) pozbywa się czarnej torby. Nie ona jedna, bo w śmietniku leży już kilka takich. Kilkadziesiąt metrów dalej, następny śmietnik, ale komuś torba się nie zmieściła, bo leży obok.
Widząc taką scenę, mam czasami ochotę wyjąć worek ze śmieciami i podejść do dystyngowanej damy i wręczyć go jej ze słowami: "Przepraszam, ale chyba coś pani zgubiła.". Wieczorem, jak będzie wracać, nie zwróci uwagi na to, że jakiś bezdomny pies rozszarpał worek w poszukiwaniu pożywienia, zaś śmieci walają się w promieniu kilku(nastu) metrów. W okolicy różnych świąt zjawisko to przybiera na skali jak diabli.
Inną możliwością jest zapakowanie kilku 120-litrowych worków na śmieci do bagażnika i wywiezienia ich na pobliski cmentarz. Przecież tam stoi cały kontener, czekający na cwaniaków, którym nie chce się płacić za wywóz własnych śmieci.
Żyjemy w takim społeczeństwie, jakie sami tworzymy. Najwyraźniej 95% ludzi to idioci...
Zaznaczam z góry, że poniższe słowa mają charakter czysto humorystyczny.
Rodacy! Obywatele! Kierując się potrzebą zapewnienia wzmożonej ochrony podstawowych interesów serwisu i użyszkodników, w celu stworzenia warunków skutecznej ochrony spokoju, ładu i porządku publicznego oraz przywrócenia naruszonej dyscypliny społecznej, a także mając na względzie zabezpieczenie możliwości sprawnego funkcjonowania władzy i administracji serwisu oraz bezpieczeństwa informacyjnego - działając na podstawie regulaminu serwisu JoggerPL - administracja wprowadziła stan wojenny. Różnorakie i jakże bogate doświadczenia ostatnich dni i nocy, których, jako użyszkodnicy serwisu JoggerPL, jesteśmy naocznymi świadkami, stawiają nas w trudnej sytuacji, której musimy stawić czoła, zadając sobie jedno z podstawowych pytań, określających jednoznacznie ideę naszej egzystencji. Musimy zatem niezwłocznie i stanowczo zadać sobie pytanie. Musimy również na to pytanie odpowiedzieć. Każdy z osobna i wszyscy wspólnie. Dzwony biją na trwogę, naród chybocze się niczym łupina miotana przez sztorm. Pytanie owo brzmi: "Czy jesteś trollem?"
Bo programowanie obiektowe to nie samo programowanie, tylko filozofia programowania. Taka barmanka na przykład ma interfejs z klientem. Ma metodę publiczną "podaj piwo", ale metoda "umyj kufel" jest już prywatna. Przecież klient nie podejdzie do barmanki i nie powie "umyj kufel i podaj piwo", tylko samo "podaj piwo". A to, czy barmanka przed podaniem mu piwa umyje mu kufel, zależy od tego, jak zaimplementowano jej metodę "umyj kufel".
Cały bajer polega na tym, że barmankę możemy napisać w C++, a nawet w C, chociaż wtedy będzie udawać C++. A jak się uprzemy, możemy ją nawet w PHP napisać. W Delphi też, ale to już będzie tylko makieta barmanki.
I tak działa programowanie obiektowe.
Cytat "mniej-więcej".
W ciągu ostatnich kilku dni muszę wykonywać sporo telefonów w związku z pracą. Najczęściej na komórki dzwonię i najczęściej ludzie nie odbierają. Czasami trafia mi się poczta głosowa...
Postanowiłem zrobić mały test. Sprawdzić, jak klienci pewnego operatora (nie, nie zdradzę jakiego) zabezpieczają swoją pocztę głosową... Powitanie standardowe jest bardzo charakterystyczne, więc łatwo rozpoznać, że dany numer, na którym naciąłem się na pocztę, jest w sieci XXX.
Co zatem robimy? Ano dzwonimy na numer +48blablabla, czyli numer poczty głosowej tego operatora. Wybieramy opcję odsłuchiwania wiadomości. Wprowadzamy numer klienta, którego pocztę chcemy sprawdzić. Podajemy tajne hasło! Cztery zera...
I co się okazuje? Że w 95% przypadków działa. Możemy klientowi odsłuchiwać wiadomości, zmienić hasło do poczty, zmienić powitanie... Nie wiem jakim cudem, ale ludzie włączają pocztę, zostawiają standardowe hasło. Sprawdzałem nawet u znajomej, która ma pocztę głosową włączoną od lat wielu. I z niej korzysta (tylko że ma ustawione standardowe powitanie, gdzie automat czyta jej numer telefonu), tylko że hasła nie zmieniła.
Ludzie są głupi.
PS "Szpanerom z piwnicy" odradzam sprawdzanie tej metody. W przeciwieństwie do rachunków za net, rachunki za telefon rosną, jak się z niego więcej korzysta. Rodzice wam głowy zmyją, jak będziecie się tak bawić.
"zammer" należy pisać z małej litery. Zawsze. Nawet, jak jest na początku zdania. Jest to swoista anomalia ortograficzna (więcej...)
Treść bloga zammerologia stosowana jest dostępna na licencji Creative Commons - Uznanie autorstwa 3.0.
Design by zammer, częściowo zainspirowany przez Zergalla. Fugue Icons by pinvoke.
Powered by JoggerPL.