Manifest: Web 2.0 bierze w łeb, przyszłość należy do sieciowego totalitaryzmu!

Wprowadzenie

Niecałe dwa tygodnie temy na AntyWebie pojawiło się zestawienie (trochę wybiórcze) losów serwisów szumnie-dumnie zaliczanych do Web 2.0. "Ale o co chodzi?" ktoś zaraz zapyta. Bo czym właściwie jest to Web 2.0? W założeniu jest to ta część sieci, której treść jest współtworzona przez wielu użytkowników. Są to serwisy z dynamicznym contentem, na który wpływają użytkownicy.

Jednak czy jest to Nowa, Lepsza Sieć? Jeśli większość treści tworzy społeczność, każdy może poczuć się współautorem, to czy ta treść jest przez to lepsza? Wspaniale, Web 2.0 to demokracja totalna. Każdy może się wypowiedzieć, każdy może mieć wpływ na to, co się dzieje w danym serwisie. Czy jest to zjawisko pozytywne, czy też może przeciwnie - prowadzi do chaosu? (Nawiasem mówiąc, każdy na joggerze korzysta z tego prawa do "demokracji totalnej" - cóż za autoironia;)

Statystycznie 90% społeczeństwa to idioci w szeroko pojętym sensie. Wtórni analfabeci, krzykacze, pieniacze, niedowartościowani w swoich ambicjach ludzie. Nie oszukujmy się - oddanie władzy w ręce tłumu jest utopią i anarchią w jednym. Dzięki Web 2.0 każdy może być zauważony, każdy może być dziennikarzem, poetą, wytrawnym dyskutantem, znawcą życia, polityki i diabli wiedzą czego jeszcze. Każdy może poczuć się wyjątkowy. W zwykłej demokracji mamy wybory, w wyniku których wyłania się swoich przedstawicieli, którzy potem reprezentują nasze interesy (przynajmniej w teorii). W przypadku Web 2.0 każdy ma niejako władzę bezpośrednią. Owszem, istnieje tajemnicza kasta - moderatorzy, ale... Ale przecież to Internet. Internet, pełna wolność. Web 2.0 - wolność jeszcze pełniejsza. Demokracja w najczystszej postaci...

Demokracja jest najgorszą spośród wszystkich form rządów, ale nic lepszego ludzie jeszcze nie wymyślili.
Winston Churchill

Po kilku gorzkich słowach - meritum

Wyobraźmy sobie teoretyczny serwis Web 2.0, który właśnie zaistniał w sieci. Idea, jaka mu przyświeca, jest nowatorska, wspaniała, boska, cudowna, genialna itd. Istne perpetuum mobile, kura znosząca złote jajka, która działa na użytkowników jak światło na ćmy. Na początku jest wspaniale, użytkownicy tworzą treść, są rozsądni i dojrzali. Zadowoleni, że mogą korzystać z takiego wspaniałego serwisu, przepełnieni dumą, że uczestniczą od początku w tak światłym przedsięwzięciu. Czasem pojawiają się jakieś inner jokes, społeczność użytkowników się zespala i rośnie coraz bardziej w siłę. Przyciąga nowe twarze, serwis ewoluuje w blasku chwały.

Być może następuje stagnacja, być może przed jej nastaniem, autorzy serwisu sami postanawiają się otworzyć na nowe grupy użytkowników. Niestety pojawia się problem - napływają nie użytkownicy, ale użyszkodnicy, którzy w dużej mierze należą do wpsomnianych wcześniej 90% społeczeństwa. Użyszkodnik taki nie raczy zajrzeć do FAQ, nie zapozna się z zasadami panującymi w danej społeczności: "Jak to?! Ja mam się dostosowywać do reszty?! Mam to gdzieś!" I tu pada najczęściej argument o wolności słowa czy też wolności Internetu: "Działam w Internecie, to mam prawo robić co chcę!" Ach, jakież to oczywiste, czyż nie? Przykładów jest wiele, ale najlepszy pochodzi jeszcze sprzed wieków. Sprzed wieków? Co ja mówię, sprzed eonów! Nikt nie słyszał o Web 2.0, a nawet o Web 1.1, kiedy ten przykład krążył już po sieci:

> A spróbuj to teraz przeczytać zrozumieć.
> > Serio?
> > > Bo zaburza naturalny porządek czytania.
> > > > Dlaczego?
> > > > > Odpowiadanie nad cytatem.
> > > > > > Co jest najgorszą plagą dzisiejszego Internetu?

Użyszkodnicy rosną w siłę. Niestety jest ich coraz więcej, masowo zalewają nasz wspaniały serwis Web 2.0, a jako że w założeniu to użytkownicy tworzą treść, wychodzi na to, że serwis schodzi na psy. Nie pomogą zastępy moderatorów - odchodzą użytkownicy, zrezygnowani moderatorzy kładą krzyżyk na tym wspaniałym serwisie, za to użyszkodnicy przejmują całkowitą kontrolę nad całym przedsięwzięciem. Mają swoich przedstawicieli wśród moderatorów, potem mają wpływ na decyzje administracji - wszak trzeba się liczyć ze zdaniem tych, którzy z serwisu korzystają. Co z tego, że nie mamy już użytkowników, a zostali sami użyszkodnicy, trolle i ów "dziewięćdziesięcioprocentowy margines" społeczeństwa? Możemy już tylko uronić łezkę, zapuścić brodę i przemienić się w pustelnika, wyprowadzić gdzieś na Syberię, gdzie nie będą wiedzieć czym jest Internet. Zamieszkać w lepiance i nie wychodzić z niej w strachu przed sfotografowaniem przez satelity należące do Google'a ;)

Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to wizja czysto teoretyczna, pełna uproszczeń i niedoskonała. Wiem, że moje założenie o "idiotach" stanowiących 90% społeczeństwa jest kontrowersyjne. Popatrzmy jednak na konkretne przykłady.

Wykop.pl

Idea jak najbardziej światła i niegłupia. Niegdyś ten serwis miał swoje wierne grono użytkowników, sam z niego korzystałem, a teraz... Zalew rzeczonych użyszkodników. Masowy udział niedojrzałych jeszcze dzieciaków, grupy bardzo trudnej do pokierowania. Mają to do siebie, że dopiero poznają świat, dopiero uczą się Internetu. Co tam się właściwie dzieje?

Użyszkodnicy dodają i wykopują stare dowcipy. Zaskoczyłem się, kiedy w maju br. dodałem na wykopie strasznego suchara - przemowę Johna Cleese'a z pogrzebu Grahama Chapmana - film mający ponad 18 lat (sic!), a wylądował on z 741 wykopami na drugim miejscu wśród najpopularniejszych linków z maja 2008. Najbardziej bolą takie właśnie rzeczy - wieloletnie dowcipy z brodą, zdjęcia, które obiegły świat wzdłuż i wszeż... Wszystko to potrafi pojawiać się wielokrotnie, czasem nawet trafiać na stronę główną - cóż za nobilitacja!

Inną kategorią linków na wykopie są... Skrajne debilizmy, które potrafią pojawić się w jednej formie i zostać udupione, żeby w niedługim czasie wypłynąć w innej formie i dostać się na stronę główną wykopu. Przykład? 29 października pojawia się link opisany jako Poważny problem z penisem - 54 "wykopy" i 24 "zakopy". Trzy dni później pojawia się ten sam link, tym razem opisany jako Wytrysk wsteczny - 680 "wykopów" i 103 "zakopy". Jeden z najpopularniejszych linków ostatnio...

Nie warto już nawet wspominać o setkach, tysiącach wszelkich funny pictures, pojawiających się masowo galerii przedstawiających różne ich kombinacje, różnie zatytułowanych. Rzygać się chce - nawet jeśli nie widziało się kilku zdjęć z danego zbioru, to reszta przewinęła się już człowiekowi przed oczami setki, jeśli nie tysiące, razy.

Wnioski? Wykop.pl umarł już dawno.

bash.org.pl

Nasza rodzima odsłona basha ma już (czy może zaledwie?) cztery lata. Kiedyś trafiały tam rzeczywiste fortunki, kiedyś było to ciekawe. Trzon stanowiły cytaty z IRCa. Teraz? Czysta masakra. No ale przyjrzyjmy się "zasadom" dodawania cytatów:

Jakich cytatów nie przyjmujemy?

  • zawierających uwagi dotyczące serwisu (do tego służy mail podany na stronie głównej)
  • fortunek z nickami typu 'ja', 'on', 'ona', 'a', 'b', 'mama', 'tata', 'siostra' i podobne
  • 'z życia wziętych', w stylu 'skumaj jaka akcja', 'profesor mówił...', 'kolega mi powiedział'
  • kończących się tekstem 'padłem'
  • wymagających kliknięcia w określony link (np. ze śmiesznym obrazkiem)
  • przerobionych dowcipów czy kradzionych z innych serwisów
  • z cyklu 'twoj stary', 'twoja stara'
  • komentarzy i opisów aukcji, przeklejek z forum portalowego (onet, allegro, itp.)

Nietrudno jest znaleźć cytaty z owym <ja> na początku. Ile cytatów należy do miejskich legend? Ile cytatów zawiera słowa "badaj/obczaj/skumaj akcję"? To już dawno przestało być śmieszne. Odnoszę wrażenie, że na polskim bashu jest dwóch moderatorów, którzy akceptują cytaty. Pierwszy jest studentem, bawią go wszelkie o historyjki z wykładów, z akademików, z życia głodnych studentów. Drugi jest uczniem gimnazjum lub liceum, dodaje cytaty o "akcjach", szkole, rozmowach z rodzicami czy o rodzicach itp. Na cytaty głosują głównie dzieci do lat piętnastu.

Wnioski? Rzygać się chce.

Podsumowanie i wnioski końcowe

Jak to ostatnio powiedział D4rky:

Na joggerze robi się burdel.
Na wykopie totalny burdel.
Na bashu burdel.
Na ircu kurwa burdel (...) ale na ircu zawsze był burdel.

Ostro. Gdzie zatem leży przyszłość sieci? Zamknięte społeczności, restrykcyjnie moderowane enklawy. Tak jak na prywatnych trackerach: Łamiesz zasady? Wylatujesz. Społeczności wręcz totalitarne, w których użytkownicy unikają zalewu użyszkodników. Świadomie godzą się na restrykcyjne zasady uczestnictwa, w zamian za samą możliwość uczestnictwa. Inaczej górę nad siecią weźmie idiokracja, nad wszystkim zapanuje motłoch zafascynowany możliwością udziału w globalnym przedsięwzięciu tworzenia contentu. Schodzimy do podziemia, o tak! ;)

PS

Proszę patrzeć na to wszystko z lekkim przymrużeniem oka. Tekst został napisany bez żadnych podstaw naukowych, bez badań opinii społecznej i jest całkowicie subiektywny. Pomyśl, zanim skomentujesz ;)

Napisał zammer, 05 listopada 2008 o godzinie 13:44:08
Kategorie: Życiowe 8 komentarzyRSS komentarzy
Poziom wpisu: 0 Trackback

Komentarze:

1. haiq 05 listopada 2008, 14:15:53 [permalink]

Myślę, że web 2.0 udławi się swoją wolnością. Tak samo net. Nie jestem specjalistą, ale gdyby każdy posiadał statyczne ip, to byłoby ono dla niego jak dowód osobisty – nie czuł by się nikt tak anonimowo i bezkarnie jak jest to teraz. Ta pozorna anonimowość rujnuje net nie tylko ten 2.0.

A jak widać na przykładach różnych, coraz częściej ludzie nie chcą się dzielić autorstwem – lepiej założyć własnego, kontrolowanego bloga, gdzie ktoś cię albo kocha albo nienawidzi:)

Uważam, że mrówkami nie jesteśmy i dlatego model społecznościowy upadnie, ewentualnie będzie się specjalizował – górą jednostki i indywidualność! ;)

http://blog.jajcus.net/files/favicon.png

2. Jajcuś 05 listopada 2008, 15:09:35 [permalink]

A ja myślę, że web 2.0 będzie miał się dobrze — tam, gdzie użytkownicy nie tylko mogą dodawać co popadnie ale mogą się organizować i samemu moderować treści. To co jest dla każdego jest do niczego, ale w dużym serwisie web 2.0 „dla każdego” wiele różnych grup może tworzyć swoje wysepki, gdzie byle co dopuszczane nie będzie.
Bash upadł i wykop upada, bo próbują dogodzić wszystkim użytkownikom na raz. Działały dobrze, gdy były serwisami pewnej ograniczonej społeczności.
Jogger upada tylko w oczach tych, którzy go próbują widzieć jako jedną całość. Wystarczy jednak potraktować każdy joggerowy blog indywidualnie, a zamiast jednej „społeczności joggera” widzieć mniejsze społeczności wokół konkretnych blogów, to widać, że jest tu wciąż dużo życia.
A spójrzmy na jakiś wielki serwis, np. Flikr. Przecież ma się on całkiem dobrze. I mimo, że jest tam też masa kiczu, a także treści wartościowej tylko dla drobnej grupki zainteresowanych, to są tam i „perełki”. Są grupy, za których treść odpowiadają konkretne osoby, które dbają o poziom. Serwis Flikr jest demokratyczny i powszechny, czyli „web 2.0”, ale mogą w nim powstawać „elitarne” grupy.
IMHO na klęskę skazane są przede wszystkim te serwisy web 2.0, które chcą dogodzić wszystkim i nie dają żadnych mechanizmów do zamykania części treści czy społeczności. Albo sam serwis musi narzucać i egzekwować jakieś zasady (rezygnując z większości potencjalnych użytkowników — tych 90% idiotów), albo użytkownicy muszą mieć do tego środki. Jednak, żeby takie mechanizmy zadziałały społeczność serwisu musi być odpowiednio duża. Dlatego serwisów społecznościowych nie można mnożyć w nieskończoność.

http://blog.radmen.info/files/favicon.png

3. radmen 05 listopada 2008, 16:18:43 [permalink]

A ja bym powiedział, że definicja Web 2.0 zamyka się w pojęciu 4chan :)

http://marines.jogger.pl/files/favicon.png

4. marines 05 listopada 2008, 16:25:10 [permalink]

hmmm… a może by tak całkiem przestać korzystać z Internetu? tyle problemów mniej…

http://nerdblog.pl/files/favicon.png

5. D4rky 05 listopada 2008, 19:23:24 [permalink]

A mi się najbardziej podoba Slashdot jako przykład społeczności moderowanej. Chociaż tam też ostatnio robi się – tak, zgadliście – burdel.

6. ... 05 listopada 2008, 20:22:41 [permalink]

...hmmm, czyżbym ze swoim serwisem totalitarnym wyprzedziła epokę „konstruktywnych krytyków” Web 2.0 ? ;)

...swoją drogą, esencję tematu opisanego tu obszernie, zgrabnie ujął już z rok temu blisko Urbanowicz [w tymże totalitarnym można znaleźć cytacik]

http://prz.jogger.pl/files/favicon.png

7. prz 27 listopada 2008, 15:04:23 [permalink]

Odnośnie wykopu, to też kiedyś używałem, ale zaczął mnie po prostu denerwować. Myślałem, że serwis promujący ciekawe artykuły znalezione w internecie jest potrzebnym i interesującym pomysłem. Jednakże, to co się ostatnio dzieje na wykopie, przechodzi ludzkie pojęcie: wykopywane są głupie obrazki z imageshack, a interesujące (z różnych powodów i na różne tematy) artykuły są może nie tyle zakopywane, ale pomijane szerokim łukiem od wykopania. Wydaje mi się, że po prostu dzieciarnia woli oglądać durnowate obrazki, niż czytać dłuższe artykuły.

A całe to Web 2.0 oznacza dla mnie ni mniej, ni więcej tylko przesiadywanie użytkownika na przeróżnych portalach społecznych/forach/wykopach i dodawanie na nich kolejnych „niezbędnych” gadżetów typu „aktualna faza księzyca”. Jedynym projektem, który uważam za przydatny i dobrze zrobiony, jest google maps (choć fanem google nie jestem) – nie raz szukałem jakiegoś adresu, albo drogi do innego miasta, a ten serwis okazał się pomocny. Dobra, już nie marudzę. ;)

8. Anhalter 22 grudnia 2008, 13:00:00 [permalink]

To jest jakiś mit, że kiedyś te serwisy były och! ach! super, a teraz panie tylko burdel. Wystarczy sobie zobaczyć co na początku trafiało na wykop, itp. To nigdy nie były jakieś poważne, rzetelne serwisy.

Chyba, że narzekasz, bo już nie jesteś mastahem na wykopie czy gdzieś, jak miał 5 użytkowników na krzyż, których znałeś, i mędzisz:
„Niegdyś ten serwis miał swoje wierne grono użytkowników, sam z niego korzystałem, a teraz…”

Teraz ma trochę więcej, i większości nie znasz.

Dodaj komentarz:

Markdown włączony w komentarzach (opis znaczników)